Kiedy po raz pierwszy jechałem przez Przełęcz Llogara i za zakrętem pojawiło się przede mną Morze Jońskie w kolorze, którego nie umiałem nazwać – za turkusowe, za zielone, zbyt piękne na jedno słowo – pomyślałem, że Albania długo jeszcze będzie wygrywać z innymi śródziemnomorskimi kierunkami. Nie ze względu na ceny, choć i to ma znaczenie. Wygrywała widokiem.
Riwiera Albańska to kilkaset kilometrów wybrzeża między Parkiem Narodowym Llogara na północy a Sarandą i Ksamilem na południu, tuż przy granicy z Grecją. Znajdziesz tu wszystko – białe plaże z wysepkami, dzikie zatoczki dostępne tylko łodzią, głośne kurorty dla tych, którzy lubią życie nocne, spokojne wioski dla rodzin z dziećmi i ruiny starożytnych miast dla tych, którzy nie lubią leżeć cały dzień na piasku.
Byłem tu nie raz. Wracam. I za każdym razem mam wrażenie, że Albanię dopiero zaczynam rozumieć.
Jak dojechać na Riwierę Albańską
Najpraktyczniejszy sposób to lot do Tirany. Z Polski latają tu bezpośrednio Ryanair i Wizz Air, a ceny biletów bywają bardzo przystępne, szczególnie jeśli rezerwujesz z wyprzedzeniem. Z lotniska w Tiranie do Sarandy jedzie się ok. 3–4 godziny. Samochód to zdecydowanie najwygodniejsza opcja – wynajem w Albanii jest tani, a bez własnego auta wiele pięknych plaż i atrakcji po prostu odpadnie.
Jeśli podróżujesz przez Grecję, możesz wsiąść na prom na Korfu i w 30–70 minut (w zależności od rodzaju promu) dopłynąć do Sarandy. To wygodna opcja dla tych, którzy łączą obie destynacje w jednym wyjeździe.
Polacy wjeżdżają bez wizy – wystarczy dowód osobisty lub paszport. Albania nie jest w Unii Europejskiej, więc karta EKUZ tu nie działa. Przed wyjazdem koniecznie wykup prywatne ubezpieczenie turystyczne.

Gdzie zaczyna się i kończy Riwiera Albańska

Granice Riwiery Albańskiej są trochę umowne. Większość podróżników i przewodników przyjmuje, że zaczyna się przy Parku Narodowym Llogara, gdzie droga wybrzeżna schodzi ze wzgórz wprost ku morzu, i kończy przy Ksamilu i Sarandzie na południu. Niektórzy zaliczają do Riwiery też Vlorę na północy, choć oficjalnie leży ona poza jej granicami.
Droga wzdłuż wybrzeża, SH8 i SH4, to jedna z piękniejszych tras do przejechania w Europie. Serpentyny, klify, widoki na błękitną wodę, białe wioski na zboczach gór – to nie jest trasa, którą pokonuje się w pośpiechu.
Przełęcz Llogara – najlepszy widok na start
Zanim zjedzie się na sam brzeg, warto się zatrzymać. Przełęcz Llogara, na wysokości ponad 1000 metrów n.p.m., daje widok na całe albańskie wybrzeże i wyspy greckie w oddali. Widziałem ten widok kilka razy o różnych porach dnia i za każdym razem wywołał te same doznania – ciszę w głowie i chęć siedzenia tam jak najdłużej.
Park Narodowy Llogara to też dobry punkt startowy dla tych, którzy chcą połączyć plażowanie z trekkingiem. Szlaki prowadzą przez lasy jodłowe i sosnowe, a jeśli masz odwagę i dobre buty, warto zejść jednym z nich wprost ku morzu.

Dhermi – dla tych, którzy lubią klimat

Dhermi to pierwsza większa miejscowość po zejściu z przełęczy. I od razu jest jasne, czemu jest tak popularna wśród młodych podróżników z całej Europy. Białe domy na zboczu, plaża z grubym żwirem i krystalicznie czystą wodą, bary plażowe z muzyką do późna w nocy. Latem tu się dzieje.
Ale Dhermi ma też swoją spokojniejszą twarz – jeśli wstaniesz wcześnie rano i zejdziesz na plażę przed dziewiątą, masz ją niemal dla siebie. Woda o tej porze jest tak przejrzysta, że snorkeling nie wymaga żadnego sprzętu poza maską. Widać wszystko.
Przy Dhermi warto zajrzeć też na sąsiednią plażę Drymades – trochę spokojniejsza, trochę mniej oblegana, równie piękna.
Plaża Gjipe – ukryta perła dla ambitnych
Kilka kilometrów od Dhermi, między klifami, leży plaża Gjipe. Nie ma do niej drogi samochodowej. Albo schodzisz pieszo przez kanion – zajmuje to ok. 30–40 minut i wymaga porządnych butów – albo płyniesz łodzią. Wysiłek opłaca się w całości. Plaża jest dzika, prawie bezludna, otoczona pionowymi skałami i z wodą w kolorze, który trudno opisać słowami.
To jedno z tych miejsc, które zapamiętałem z pierwszego wyjazdu i które ciągnie mnie z powrotem.


Himara to miasteczko z charakterem i historią. Jej zamek na wzgórzu ma korzenie sięgające starożytności i dawał mi co chwilę pretekst do patrzenia w górę zamiast w ekran telefonu. Freski w ruinach kaplicy wewnątrz zamku są wyblakłe, ale wciąż widać na nich kolory – coś w tym jest.
Plaże w Himarze, zwłaszcza Livadhi Beach, to klasyka w najlepszym wydaniu. Szerokie, spokojne, z łagodnym wejściem do morza – idealne dla rodzin z dziećmi. Widok na zamek z poziomu wody jest wyjątkowy.
Himara jest znacznie spokojniejsza niż Dhermi czy Saranda, a przez to przyjemniejsza do dłuższego pobytu. Ceny tu też są nieco niższe.
Borsh to wioska, którą opisuje się zwykle jednym zdaniem: najdłuższa plaża na Riwierze Albańskiej. Siedem kilometrów piasku, gaje oliwne i cytrusowe sięgające niemal do linii wody, ciszy dość jak w parku. Nawet w szczycie sezonu Borsh nie jest zatłoczony – a przynajmniej tak bywa w porównaniu z bardziej popularnymi miejscami.
Jeśli szukasz spokoju, miejsca do czytania książki i plażowania bez kolejek po leżak – Borsh jest odpowiedzią.


W okolicach miejscowości Himara, w skalistej zatoce Porto Palermo, stoi osiemnastowieczna twierdza zbudowana przez Ali Paszę Janińskiego. Trójkątna forteca z wieżą w każdym rogu wygląda tak, jakby wyrwano ją z innej epoki i wrzucono między albańskie skały. Wejście jest płatne, z tarasów widać zatokę i morze.
To jedno z tych miejsc, które warto zobaczyć choćby z drogi – nawet jeśli nie wchodzi się do środka, widok z zewnątrz jest wystarczająco dobry.
Saranda to największe miasto na albańskim południu i nieoficjalna stolica Riwiery. Deptak wzdłuż morza, palmy, restauracje z widokiem na wodę i na greckie Korfu w oddali – miasto ma śródziemnomorski klimat, który od razu daje się odczuć.
Ze względu na bliskość Korfu Saranda przyciąga sporo greckich turystów, co przekłada się na wyższy standard usług, ale też na wyższe niż gdzie indziej ceny. W szczycie sezonu miasto bywa głośne i zatłoczone.
W okolicach Sarandy koniecznie odwiedź Zamek Lekursi – wzgórze z ruinami wieży i restauracją z jednym z najlepszych widoków na zachód słońca, jakie widziałem w Albanii. Warto zarezerwować stolik.


Ksamil to wizytówka albańskiego wybrzeża i jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w kraju. Biały, drobny piasek, turkusowa woda i trzy małe wysepki w zasięgu wzroku – wygląda jak kadry z reklamy. I jest popularny jak reklama – latem bardzo zatłoczony.
Jeśli chcesz go zobaczyć bez kolejki do leżaka, przyjedź wczesnym rankiem, przed dziewiątą. Albo poza szczytem sezonu – w maju lub we wrześniu Ksamil jest zupełnie innym miejscem. Spokojniejszym i bardziej swoim.
Butrint – starożytne miasto z listy UNESCO
Kilkanaście kilometrów od Sarandy, na półwyspie wciśniętym między jezioro i morze, leżą ruiny Butrint – jednego z ważniejszych stanowisk archeologicznych w regionie Morza Śródziemnego. Grecy, Rzymianie, Bizancjum, Wenecja – każda epoka zostawiła tu swój ślad. Jest tu grecki teatr, rzymskie łaźnie, wenecki zamek z XIV wieku i mury obronne, które pamiętają trzy tysiące lat historii.
Wstęp jest płatny, zwiedzanie zajmuje dwie, trzy godziny, a w cieniu platanów i oliwek można spędzić tu cały spokojny dzień.
Dla mnie Butrint to obowiązkowy punkt na Riwierze Albańskiej – nie tylko dla miłośników historii, ale dla każdego, kto chce zrozumieć, skąd pochodzi to miejsce, zanim stało się popularnym kurortem.


Błękitne Oko, czyli po albańsku Syri i Kaltër, to jedno z tych miejsc, które działają na wszystkich jednakowo – wywołują ciszę w rozmowie. To źródło krasowe o głębokości, której nikt do końca nie zmierzył. Woda jest intensywnie niebieska, lodowata i przejrzysta do samego dna. Nurkowanie jest tu zakazane, ale samo patrzenie wystarczy.
Dojazd z Sarandy zajmuje ok. 20–25 minut samochodem. Wstęp jest bezpłatny. Można tam pojechać przy okazji wizyty w Butrint – oba miejsca leżą po tej samej stronie Sarandy.
Jaka pora roku na Riwierę Albańską
Lipiec i sierpień to szczyt sezonu. Morze jest w najlepszej formie, wszystko działa, ale plaże i restauracje są zapchane, a ceny – szczególnie w Ksamilu i Sarandzie – wyraźnie wyższe.
Czerwiec i wrzesień to mój faworyt. Morze jeszcze ciepłe lub już ciepłe, ludzi znacznie mniej, ceny rozsądniejsze. Maj to dobry wybór dla miłośników spokoju i zielonych gór – Llogara w maju wygląda jak z bajki.
Zimą Riwiera jest pusta, a wiele lokali i noclegów jest zamkniętych. Ale jeśli lubisz zwiedzać bez tłumów i nie boisz się chłodniejszej pogody – poza sezonem Saranda ma w sobie coś wyjątkowego.
Oficjalną walutą jest lek albański (ALL). W hotelach, większych restauracjach i kurortach często akceptowane jest euro, ale po gorszym kursie niż w kantorze. Najlepiej mieć przy sobie trochę euro w gotówce na wymianę lub korzystać z karty wielowalutowej, która pobierze pieniądze po kursie rynkowym.
Karty płatnicze działają w miastach, hotelach i popularnych restauracjach. W mniejszych wioskach i na lokalnych targach gotówka wciąż rządzi.
Na Riwierze Albańskiej znajdziesz wszystko: od małych pensjonatów rodzinnych w Himarze czy Borsh po apartamenty i hotele w Sarandzie i Ksamilu. Platformy rezerwacyjne jak Booking.com czy Airbnb działają sprawnie. Ceny w szczycie sezonu w popularnych miejscowościach bywają porównywalne z Grecją. Poza sezonem lub w spokojniejszych miejscach (Borsh, Qeparo, Himara) można znaleźć nocleg za 30–50 euro za noc za pokój dwuosobowy.
Jeśli masz samochód, warto rozważyć nocleg w mniejszej wiosce niż w samym centrum popularnego kurortu – będziesz bliżej natury, spokojniej i taniej.
Riwiera Albańska – dla kogo i po co
Wracam do Albanii, bo to miejsce wciąż się zmienia, a jednocześnie jest w nim coś, co zostaje takie samo – ta woda, te góry schodzące do morza, ta albańska gościnność i jedzenie, które zaskakuje prostotą i smakiem. Riwiera Albańska sprawdzi się dla rodzin szukających spokojnych plaż z dziećmi (Himara, Borsh, Ksamil we wrześniu), dla par, które chcą czegoś między kurortem a dzikością, dla miłośników historii (Butrint), aktywnych turystów (Llogara, Gjipe, sporty wodne) i tych, którzy szukają Europy bez tłumów i bez nadmuchanego budżetu. Albanię warto odwiedzić teraz – zanim stanie się tym, czym Czarnogóra czy Chorwacja dwadzieścia lat temu. Teraz jest jeszcze w tym właśnie miejscu – piękna, dostępna i trochę nieprzewidywalna. I właśnie za to ją lubię.